Szukałem was”. W tłumie samotności i goryczy łez. Na trudnych szczytach, w słońcu, uśmiechu małego dziecka i w niewierze. Szukałem w ciszy i krzyku serca. Bo znałem je. Szukałem we wszystkim, czego nie rozumiałem, a co zdążyłem poznać. Mówiłem: „nie lękajcie się” – i stawiałem krok na wodzie. Żebyście szli. Szukałem waszych śladów na pustyniach serc, bo wiedziałem, że „jesteście nadzieją świata”. Chciałem z wami śmiać się i płakać. Rozpalać ogień, który gasili fałszywi prorocy. „Czy trudno jest wierzyć w takim świecie? Tak! Jest trudno”. Rozumiałem was. I „nie zawiodłem się na was. Świat was potrzebuje”.
Szukał mnie. Myślał o mnie lepiej, niż ja sama. Bardziej niż ja we mnie wierzył. Natchnął mnie pewnością, że mogę, że potrafię.
„Możecie rozpalić cały świat”. Ufałem wam. I wymagam wiele. „Widzę w was stróżów poranka”. Spod wieży Eiffla mówiłem, że jesteście nadzieją świata. Jesteście ważni.
„Szukałem was” – w dniu, kiedy przesiadłem się z kajaka na Łódź Piotrową. Szukałem, kiedy na Placu Świętego Piotra usłyszano dwa strzały. Kiedy gołębie wzbiły się w powietrze i moja twarz stała się krwistobiała. Szukałem i wiedziałem, że wszyscy pokrzywdzeni ludzie wyglądają tak samo. Kiedy patrzyłeś w lustro i dałeś kilka monet żebraczce.
Szukał mnie. Dobrze o mnie myślał i traktował poważnie. Pokazał starość bez upiększeń i nauczył ją akceptować. Tak po prostu. Choć sam wydawał się silny i młody, tak bardzo był zmęczony. Nigdy nie narzekał. Nie skarżył się.
Znajduję siły.
„Szukałem was”, w oczach pełnych łez i zwątpienia. Szukałem w zwykłości. W niezrozumieniu. Wyciągałem do was dłoń. Wiem, jak mocno drżała. Wtedy uczyliśmy się miłości. Tam was szukałem.
Dziś „wy przyszliście do mnie. I za to wam dziękuję”.
Paulina (Oyente)